czwartek, 11 sierpnia 2011

Kapitałowe trzęsienie ziemi

Od kilku tygodni giełdy się trzęsą w posadach, a frank i złoto drożeją do nieba jako wyraz ucieczki od euro i dolara, których parytet EURUSD w sumie dużo się nie zmienił. 

Komentatorzy ekonomiczni mówią że to nieuzasadniona panika a giełdowi gracze wiedzą, że rynku trudno przewidzieć. To, czy panika była czy nie uzasadniona dowiemy się po czasie. Czasem jest ona samospełniającą się przepowiednią, kiedy spadająca wartość aktywów kapitałowych powoduje kryzys w realnej gospodarce w skali makro i mikro.

Przyczyny obecnych spadków istniały od lat, wszyscy wiedzieli, że kraje są zadłużone i że ciężko jest w większości demokracji z utrzymaniem równowagi budżetowej. To nie przeszkadzało, by przez dziesiątki lat giełdy rosły wraz z zadłużeniem. Nawet po kryzysie 2007-2009 przyszła dwuletnia hossa, którą teraz można nazywać, że być może była tylko odreagowaniem silnych spadków.

Cokolwiek zrobimy z naszymi zasobami kapitałowymi czy to są ruchomości, nieruchomości, akcje, obligacje, metale szlachetne, warto sięgnąć do przeszłości, jakie wówczas następowały konsekwencje.

Moim zdaniem świat nie zbankrutuje w potocznym tego słowa znaczeniu. Jedne aktywa spadną a inne wzrosną ale w długim okresie i tak kapitalizm mimo swych wad, jest chyba najlepszą formą na dystrybucję owoców ludzkiej pracy i dlatego nie upadnie.

Na rynkach zdecydowanie brakuje cierpliwości i w takiej sytuacji zwyciężą inwestorzy którzy są cierpliwi i potrafią stawiać na właściwe konie, odpowiednio dywersyfikować portfel oraz tacy, którzy niczym zwinne węże potrafią wykorzystywać trendy krótkoterminowe i zyskiwać na tym lub tracić mniej niż inni. 

Warto się zastanowić do której grupy pasujemy najbardziej i nie stawiać sobie zbyt wysoko poprzeczki, aby zadanie inwestycyjne nie przerosło naszej wiedzy, umiejętności, doświadczenia i odporności psychicznej czego sobie i wszystkim inwestorom życzę.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Podsumowanie lipca

Lipiec to okres intensyfikacji spadku wartości mojego portfela, dodatkowo wzmagany stresem wywołanym umocnieniem franka, w którym mam kredyt mieszkaniowy. W sumie przez 2 ostatnie miesiące wynik z inwestycji giełdowych wyniósł minus 6,8%, co oznacza spadek zysku zanotowanego od początku roku 2011 z +14,9% na +7,9%

Można powiedzieć, że nie jest źle jeśli się spojrzy w średnim, 7-miesięcznym horyzoncie ale fakt jest taki, że ostatnio takie kiepskie rezultaty miałem w bessie 2008 roku. Czyżby i tym razem była to bessa? Trudno powiedzieć. Wychodzę z założenia, że nie można tego wykluczyć. Dlatego już nie zwiększam stawki i nie dopłacam do portfela giełdowego. W grę wchodzą tylko roszady wewnętrzne. 

Jeśli jesteśmy w trakcie silniejszej korekty i po niej przyjdzie silne odbicie, to zadowolę się zyskami z tego co mam ulokowane. Wszelkie bieżące nadwyżki z najbliższych 6 miesięcy przeznaczę na w miarę możliwości rozbudowę poduszki płynnościowej na drożejącego franka i inne losowo-bessowe nieciekawe scenariusze.

Rosnące ceny produktów i usług codziennego użytku (żywność, transport, czynsze, media) plus deprecjacja krajowej waluty i rosnące zadłużenie walutowe w przeliczane na prośmieciową złotówkę, łatwo mogą wpędzić w niedźwiedzi nastrój. Dlatego na wszelki wypadek sprawdzałem już strony o pracy w Szwajcarii - tu choćby w rolnictwie, będzie plan B - można próbować się zatrudnić za 1,5 tys franków miesięcznie i jakoś przeczekać, oby nie za długo.

Żeby się jakoś ratować i żeby nie było że jest tak źle, wybieram się niedługo na tydzień w polskie góry, by spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy i podładować morale.