niedziela, 16 stycznia 2011

Czy można ocalić Europę?

Dzisiaj trafiłem na ciekawy artykuł noblisty w dziedzinie ekonomii z 2008 roku, Paula Krugmana, traktujący o problemach zadłużeniowych Europy. Na blogu pragnę streścić niektóre jego fragmenty oraz dodać kilka słów od siebie.

Krugman jest ekonomistą amerykańskim, twórcą teorii wyjaśniających zjawiska związane z globalizacją. W 2007 roku wydał on książkę Sumienie liberała, opisującą skutki makroekonomiczne decyzji rządów USA za ostatnie 80 lat. Jego zdaniem, doprowadziły one do wyjątkowego rozwarstwienia ekonomicznego społeczeństwa. Tego konsekwencją miał być światowy kryzys ekonomiczny i postępujący wraz z nim wzrost interwencjonizmu państwowego, mającego na celu ten kryzys ograniczać. Przewidział więc nadejście, skalę kryzysu i środki zaradcze jakie zostały zastosowane przez największe gospodarki świata.

Początek artykułu niesie rozróżnienie pomiędzy kryzysem gospodarczym, jaki miał miejsce i nadal trwa w USA oraz jaki powstał i trwa w Europie. Krugman przyznaje, że PKB strefy euro mogło spaść podobnie jak USA, lecz kryzys w zdecydowanie mniejszym stopniu dotknął zwykłych obywateli strefy euro w porównaniu do obywateli Stanów Zjednoczonych. Wszystko to przez przepisy socjalne stosowane w Europie, ograniczające możliwości zwolnień pracowników oraz zapewniające im środki do życia po utracie pracy (co on zdaje się oceniać pozytywnie).

Dalej autor w skrócie przedstawia, jak powstała Unia Europejska i Unia Gospodarcza i Walutowa, prowadząca ostatecznie do powstania strefy euro. Drogę, jaką Europa przeszła od czasu zakończenia II wojny światowej prawie do teraz, określa jako historię wielkiego sukcesu. Oto kontynent przez wieki rozdzielany zaciekłymi wojnami, nareszcie się zjednoczył w procesie pokojowym, jak się zdawało (i nadal wielu zdaje), nieodwracalnym.

Gospodarczym i symbolicznym milowym krokiem integracji, było wprowadzenie w 1999 roku do rozliczeń międzybankowych a w 2002 roku do obiegu, wspólnej waluty euro. Nastąpiło to w sposób bardzo płynny i umożliwiło dalsze zespajanie się ekonomiczne członków strefy. 

Kraje członkowskie, mimo że spełniały surowe ustalone kryteria członkostwa (niskie stopy procentowe, niska inflacja, dług publiczny poniżej 60% PKB, deficyt budżetowy poniżej 3% PKB), znajdowały się na różnych poziomach rozwoju gospodarczego a silne i słabe strony gospodarek nie były rozdzielone po równo. 

Benefitem dla średnich i mniejszych krajów, takich jak Grecja, Irlandia, Hiszpania, Portugalia - była możliwość finansowania deficytu budżetowego po cenie znacznie niższej niż przed powstaniem strefy. Inwestorzy zaczęli bowiem sądzić, że skoro mniejsze kraje mają tą samą walutę jak większe Niemcy czy Francja, to można ufać, że żaden z krajów nie upadnie i pożyczać na ten sam procent co najsilniejszym gospodarkom.

W ten sposób korzyści, jakie niosło powstanie strefy euro, zostały częściowo przekute na późniejsze słabości. Kraje peryferyjne, zamiast korzystać z niższych stóp procentowych by poprawić własną sytuację gospodarczą, zaczęły coraz więcej pożyczać i konsumować, pomimo że ich gospodarki były słabe lub ich wzrost wątły.

W ten sposób model, w którym silnie eksportowe gospodarki centrum Europy, zwłaszcza Niemiec, miały nadwyżki w handlu z peryferiami a peryferia deficyty handlowe, jeszcze się wzmógł. Środki uzyskane z nadwyżek, w sposób pośredni były w znacznej mierze lokowane w krajach peryferyjnych, finansując pośrednio lokalne deficyty budżetowe i handlowe.

Sytuacja taka trwała do czasu wybuchu kryzysu finansowego w USA a później jego przełożenia na realną gospodarkę, także w Europie. Lata prosperity i wysokiego wzrostu PKB, opartego w znacznej mierze na  wzroście popytu w budownictwie, w krajach takich jak Irlandia czy Hiszpania, się skończyły. Trudności w pozyskaniu finansowania kredytowego, pogorszenie koniunktury gospodarczej, pociągnęły za sobą wzrost bezrobocia i wzrost deficytów budżetowych. To przyczyniło się do wzrostu oprocentowania obligacji państw z największymi deficytami i gospodarkami postrzeganymi jako najsłabsze i podatne na kryzys. 

Kiedy inwestorzy zaczęli wątpić, jakoby Grecja, Irlandia czy Hiszpania były w stanie oddać pożyczone pieniądze w całości, doszło do dalszych wzrostów oprocentowania obligacji tych krajów. Tylko tak można bowiem wytłumaczyć różnicę między rocznymi odsetkami od obligacji 10-letnich dla Niemiec na poziomie 3% a około 12% dla Grecji.

Krugman sądzi, że jest kilka metod, jak może zostać rozwiązana obecna problematyczna sytuacja.

1. Gospodarki krajów Europy, które wpadły w kłopoty, zapewnią wierzycieli, że są w stanie spłacić zobowiązania i wprowadzą program surowych cięć wydatków oraz wzrostu podatków, co doprowadzi do wygenerowania środków na finansowanie zadłużenia (tzw. wewnętrzna dewaluacja), lecz jednocześnie przełoży się na skokowy spadek PKB i prawdopodobny wzrost bezrobocia. Po wielu latach gospodarki te powinny osiągnąć obecny poziom PKB oraz spłacić znaczną część zobowiązań, co dalej umożliwi normalne funkcjonowanie.

2. Redukcja zadłużenia przez częściową niewypłacalność. Argentyna w 2002 roku, po kilku latach zmagań z kryzysem i trudnością obsługi zadłużenia, ostatecznie uiściła zapłatę tylko 35% zaciągniętego zadłużenia wraz z odsetkami. Reszta kwoty została przez pożyczkodawców bezpowrotnie stracona. Biorąc pod uwagę gigantyczną i ciągle rosnącą różnicę między oprocentowaniem obligacji niemieckich a tych krajów PIGS, inwestorzy dyskontują podobny scenariusz.

3. Redukcja zadłużenia połączona z osłabieniem waluty. W przypadku Islandii, będącej poza strefą euro, osłabienie korony w trakcie kryzysu, pomogło i nadal wspiera wzroście gospodarki. Wskutek spadku wartości korony, lokalne towary i siła robocza były wyceniane ok. 40% niżej niż przed kryzysem, co wspierało bilans handlowy (redukcja importu a wzrost eksportu) oraz umożliwiało odtworzenie miejsc pracy i spadek bezrobocia. To wszystko przekłada się na poprawę sytuacji budżetowej państwa, w którym rosną podatkowe przychody budżetowe a spadają wydatki socjalne jak te na walkę z bezrobociem. 

Niestety taki scenariusz jest trudny do przeprowadzenia w przypadku krajów będących członkami strefy euro. Próba wyjścia ze strefy mogłaby zakończyć się na przykład paniką w sektorze bankowym Grecji, gdy obywatele chcieliby jak najszybciej wycofać swoje euro i jako euro sprzed dewaluacji umieścić w zagranicznym, bezpieczniejszym banku.

4. Integracja fiskalna strefy euro oraz (bezzwrotna?) pomoc finansowa dla krajów będących w najgorszej sytuacji zadłużeniowej udzielana prze te, które jeszcze (jakoś?) sobie radzą. Gremia decyzyjne najsilniejszych państw członkowskich EU, jak Niemcy, zdają się widzieć, że bez dalszej integracji nie ma szans na podtrzymanie trwałości strefy euro. Dlatego jest możliwe, że kraje o systemach podatkowych uznanych za najbardziej wydajne i zapewniające największe wpływy podatkowe, będą wymagały wprowadzenia podobnych reguł w krajach o wątpliwej jakości systemu fiskalnego (Grecja) a jednocześnie oferując marchewkę w postaci spłaty części zadłużenia tych krajów lub udzielenia stosownych gwarancji na  korzystnych, nierynkowych warunkach.

Zdaniem Krugmana, obecnie jest próbowana strategia wewnętrznej dewaluacji (punkt nr 1) czyli zbilansowania budżetów poszczególnych krajów będących w kłopotach aby następnie przez kolejne lata, państwa te spłaciły zobowiązania. Strategia ta jego zdaniem nie wypali ze względu na opory społeczne w zadłużonych krajach, w których społeczeństwa nie będą się poczuwać do obowiązku spłaty zaciągniętych przez swoje rządy długów.

Dlatego, zdaniem noblisty, najsilniejsze kraje UE staną przed wyborem: dopuścić do częściowego rozkładu strefy euro i wypchnięcia poza nią nierzetelnych krajów lub stać się sponsorami niewydolnych gospodarek i pracować nad ich naprawą. Z ostatnich zdań autora, wnioskuję, że ma on nadzieję na realizację tego ostatniego scenariusza.

Sam sądzę, że nie jest realna spłata zadłużenia przez kraje PIGS, a zwłaszcza Grecję. Pomimo znacznie wyższego poziomu życia przeciętnego obywatela w porównaniu do poziomu życia w Polsce, każda próba odebrania sutych przywilejów kończyła się w Grecji masowymi protestami. Obywatele są najzwyczajniej przyzwyczajeni do życia w niewydolnym systemie i "dojenia" wierzycieli. Nie mają zamiaru oddawać pożyczonych pieniędzy i liczą, że ktoś ich będzie dalej sponsorował. 

Myślę, że prawie na pewno dojdzie do ogłoszenia częściowej niewypłacalności tych krajów i do redukcji zadłużenia o 50-70%. Zastanawiam się tylko, jak takie zdarzenie przeżyje europejski system bankowy. Instytucje finansowe spoza PIGS, będą musiały uzupełnić braki w kapitałach spowodowane stratami na greckich obligacjach. Pewnie będą w tym potrzebować pomocy rządów. Te mogą przejąć kontrolę nad największymi instytucjami aby zapobiec ich upadkowi. Dalej, spółki - matki mogą sprzedawać udziały w spółkach - córkach aby spłacić pożyczki zaciągnięte u rządów. Wszystko to może się przełożyć na bardzo złożone komplikacje, za które i tak prawdopodobnie zapłaci cała Europa a nawet cały świat.

Może zatem UE na przykład wyemituje specjalne papiery skarbowe, których celem będzie wykupić długi upadających państw a następnie dać np. nieoprocentowany kredyt i umożliwić tym krajom powolne,  ale tanie, częściowo inflacyjne wyjście z długów, jednocześnie akceptując dodatkowe, poważne obciążenie finansowe dla Unii jako całości?

Jak dotąd najczęstszym sposobem na wyjście z przerośniętych długów było ogłoszenie niewypłacalności i to jest moim zdaniem scenariusz bazowy, przynajmniej dla części z krajów PIGS.

8 komentarzy:

  1. Wniosek prosty: po d***ie dostaną wypłacalni kredytobiorcy, bo ktoś za to musi zapłacić - sprawiedliwość tego systemu mnie onieśmiela. Jak jeszcze Tusk u nas porządzi dłu(giem)żej, to my też staniemy w takiej sytuacji, ale nie jesteśmy w eurostrefie, więc pozostanie ucieczka w inflację - nie mogę się doczekać, aż się rumienię z podniecenia !#$#!$#$$!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Co tu się dużo zastanawiać na PIIGS, nasz rząd też nie jest w stanie spłacić zadłużenia bez ucieczki w inflację. Gorzej - przy manipulacjach banksterów na kruszcach nie wiadomo w co uciekać na czasy inflacji. Wydaje mi się, że najlepiej będzie uciekać w towar /płynny i podzielny/...

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja tak przekornie powiedziałbym, że Europa jest w znacznie lepszej sytuacji niż USA i Japonia. M. in. dlatego, że kryzys wymusił reformy (a to jest właśnie oczyszczająca rola bessy), poza tym na dzień dzisiejszy pomocy państwom strefy euro udziela cały świat (rozpad strefy euro to śmierć dla Chin, Rosji i Stanów) chociażby za pomocą mfw. A do tego, jak na razie, to na walkę ze skutkami kryzysu wydaje najmniej właśnie Europa, a dzięki oszczędnościom ma szansę coś z tego uzyskać. Stany wybuliły już prawie 1bln zielonych na walkę ze skutkami kryzysu, ale żadnych cięć wydatków u nich nie widać (a taka np Kalifornia - 20 gospodarka świata - jest bankrutem, którego rząd Amerykański musi ratować, a UE Grecji, czy Hiszpanii ratować nie musi).

    OdpowiedzUsuń
  4. @ Anonimowi,

    tak, po d**** dostaną wypłacalni kredytobiorcy, oszczędzający i inwestorzy w przeważającej większości. Wszystko przez wyższe podatki lub inflację.

    @Marcin,

    fakt, trzeba się wić jak wąż by wyjść z tego rozgardiaszu bez strat już nie mówiąc o zarabianiu...

    @Bartek,

    porównawczo jest możliwe, że w Europie perspektywy są mimo wszystko lepsze niż np. w USA. Myślę jest tyle niewiadomych, że trudno powiedzieć jak się sprawy potoczą i kto gospodarczo będzie największym przegranym rozpoczętej dekady.

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja przewiduje, że aktualny system finansowy świata prędzej czy później skończy się na rewolucji biednych na rzecz bogatych. Nasz wspaniały permanentnie zadłużający kapitalizm tworzy coraz większą przepaść między jednymi a drugimi. Za to co teraz się wyprawia na świecie płacą głównie biedni. Bogaci sprzedadzą jeden z 20 jachtów i na tym się ich "kryzys" się skończy.

    Ostatecznie globalna hiperinflacja i pozostanie to co ma realną wartość. Nie papier czy wirtualne numerki.

    Dziękuje i pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń
  6. Uważam że za kryzys jak i regularnie w podatkach najbardziej obciążeni są ani nie biedni ani nie bogaci a zwykli średniacy, którzy ciężko pracują i kiedyś chcą czegoś się dorobić.

    Niestety przez te daniny ciągle się męczą jak dojne podatkowe krowy pchające wózek z obecnym systemem gospodarczo-politycznym.

    Mocno biedni często są na garnuszku państwa albo wykonują mało znaczące gospodarczo prace, które można zastąpić zwiększeniem mechanizacji przemysłu czy zastosowaniem inteligentnych urządzeń np. w sprzątaniu. Oczywiście to jest opinia w wielu przypadkach niesprawiedliwa, ktoś mógł mieć pecha w życiu albo biedę i charakter odziedziczył po bidnych rodzicach a sam jeszcze nie rozwinął skrzydeł. Myślę jednak że jest to opinia na tyle ciekawa że warto było ją napisać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się, fajnie że ją napisałeś. Zastanawiam się jednak jak się to wszystko potoczy... Gdzie obecny system nas wszystkich zaprowadzi biorąc pod lupe maluczkich, średnich i dzianych... System nie jest idealny. Z resztą nikt takowego jeszcze nie wymyślił. Co się stanie gdy strzeli na dobre. Bo na razie widać ewidentnie jak bardzo się psuje.

    (?)

    OdpowiedzUsuń
  8. Myślę, że będą narastać zjawiska opisane w filmie http://www.iplex.pl/vod/p1287-wiek_glupoty.html

    Najpierw kryzysy zadłużeniowe, finansowe i gospodarcze a później klimatyczny.

    To co można zrobić to nauczyć się radzić sobie samemu oraz osiedlić się jak najdalej od mórz i oceanów tak by nas nie zalało.

    Z finansowego punktu widzenia, myślę że rządy będą grać coraz mniej uczciwie, ulegając dalej grupom nacisku. Oszczędności budżetowe mogą być uzyskiwane kosztem jednych bez udziału drugich co tylko będzie wzmagać poczucie niesprawiedliwosci i niewłaściwej redystrybucji wykonywnej przez aparat władzy.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze niecenzuralne, nie odnoszące się do posta, pisane tylko w celach marketingowych i z użyciem opcji Anonimowy - będą usuwane.

W celu komentowania bez logowania, wybierz opcję Nazwa/adres URL