czwartek, 12 sierpnia 2010

Na rozdrożu...

Od kilku miesięcy zastanawiam się, jakie będzie wyjście gospodarki polskiej i światowej z narastającego problemu zadłużenia państw. Nie prowadzę profesjonalnych badań ekonomicznych ani nie posiadam wykształcenia akademickiego w tym kierunku. Moje opinie powstają więc poprzez łączenie opinii różnych ekonomistów i obserwatorów rynku na własny sposób.

Do miejsc, które moim zdaniem zawierają najwięcej ciekawych komentarzy, należą: blog Wojciecha Białka, komentarze miesięczne DI BRE Banku, blog Trystero, blog dwagrosze, blog wykresygieldowe i kilkanaście innych stron. 

Poniżej opisuję stworzony szkic makroekonomiczny. 

Obecnie jesteśmy w fazie ożywienia na świecie, będącego w krajach rozwiniętych ociężałym odbiciem od dna z zeszłego roku. Kraje takie jak Polska i świata rozwijającego się są w lepszej sytuacji, jest silniejsza konsumpcja i większe ożywienie w eksporcie.

Podstawowy problem jest taki, ze sentyment konsumencki w krajach rozwiniętych jest kiepski, dominuje chęć oszczędzania na gorsze czasy i spłaty już zaciągniętych kredytów. Samo w sobie jest to dobre zjawisko ale jest źle odbierane bo nie przyczynia się do wzrostu zysku firm w krótkim terminie i źle rokuje na przyszły eksport z krajów rozwijających się. To z kolei stoi na przeszkodzie wzrostowi dochodów społeczeństwa.

Ta tendencja ograniczania konsumpcji i delewarowania wydaje się na tyle trwała, że trudno jest skłonić ludzi do większych zakupów i wszelkie bodźce w postaci realnie ujemnych stóp procentowych w tym nie pomagają. Banki też nie pożyczają pieniędzy tak łatwo jak kiedyś bo rynek pracy jest słaby i jest duży współczynnik kredytów nie spłacanych w terminie. Dlatego liczą sobie wysokie marże, w porównaniu do poziomu sprzed kryzysu. 

Pomimo niskich stóp procentowych, kredyty dla ludności i firm nie są wcale tak tanie. Jedynie zadłużające się kraje rozwinięte korzystają na tym, mając tańsze finansowanie deficytów i emitują coraz więcej obligacji, które są dalej obejmowane często przez fundusze inwestycyjne i banki.

Giełdy w takiej sytuacji, trudno by rosły dużo ponad obecne poziomy. W Polsce indeks WIG20 wzrósł już ponad 100% od dołka z wiosny 2009 roku i zdaje się, że trwające ożywienie jest już w cenach akcji. Na dyskontowanie kolejnych wzrostów zysków nie ma co liczyć bo takie wzrosty mogą nie nastąpić, a wręcz przeciwnie.

Na rynku surowców naturalnych króluje spekulacja zależna od szybko zmieniających się przepływów kapitałów między rynkami i od prognoz makroekonomicznych. Jak światowy wzrost PKB nieco przyspiesza, kapitał napływa na rynek metali przemysłowych czy paliw, powodując nieproporcjonalne wzrosty cen, szybko dyskontując przyspieszanie i spowalnianie wzrostu gospodarki w dłuższym horyzoncie

Podobnie każdy wzrost inflacji powoduje większe zainteresowanie surowcami, których ceny w długim okresie mogą odzwierciedlić inflację ale z racji na wysoką zmienność, ostatecznie czy będzie zysk czy strata zależy od timingu. 

Powszechna znajomość wskaźników wyprzedzających koniunkturę, zaburza znane historycznie reakcje rynków. Wcześniej kulminacja wzrostu giełd wyprzedzała kulminację wzrostu PKB. Teraz giełdy mają ruch w górę za sobą zanim wzrost PKB się w ogóle zacznie. Lepszym danym z gospodarki towarzyszą już spadki przed często dość odległym spowolnieniem.

Projekcje wzrostu czy spadku PKB, wzrostu i spadku inflacji są bardzo często zmieniane i dyskontowane w sposób niemal przypadkowy. Nie ma chyba sposobu stworzyć długoterminowej strategii opierającej się na takich prognozach. Każdy bowiem znaczący gracz na tym rynku tworzy prognozy pod swój portfel inwestycyjny, rekomenduje sprzedawać jak chce kupić i kupować jak sam chce sprzedać.

Jako że trudno mi wskazać, co się stanie na rynku długu, akcji czy surowców w perspektywie kilku lat z powodu przeciwstawnych argumentów, myślę, że rynek pozostanie dość rozchwiany ale ostatecznie za 1-2 lata poziomy indeksów akcyjnych czy surowców, mogą być realnie podobne do obecnych a zakres wahań może wynieść +/-15% od obecnego poziomu. 

W takich warunkach nie opłaca się dla większości aktywów stosować strategii kup i trzymaj a raczej spieniężyć inwestycje przy najbliższej kilku-kilkunastoprocentowej zwyżce i trzymać w gotówce. Jednocześnie warto się delewarować, oszczędzać i zmniejszać zobowiązania, tak by w razie długotrwałego marazmu gospodarczego, niższymi ratami od kredytów zrekompensować środowisko spadającej siły nabywczej dochodów netto (efekt niskiej realnej dynamiki płac i wzrostu podatków). Jednocześnie gotówki nie warto mieć za wiele z racji ryzyka inflacji, równowartość kilkuletnich wydatków domowych zupełnie wystarczy.

Odnośnie lokat, jestem sceptyczny co do lokat dłuższych niż 12 miesięcy. Z racji obaw inflacyjnych w Polsce, może dojść do wzrostu stóp procentowych i najlepsze oferty depozytowe będą za rok lepsze niż obecnie, może około 6% netto? (obecnie najlepsza to lokata 12-miesięczna z dzienną kapitalizacją w Open Finance na 5,25% netto).

W dłuższym terminie, powiedzmy 4-7 lat, myślę, że doświadczymy znaczącego wzrostu podatków od tego, co się posiada (nieruchomości, pojazdy), co się zarabia (PIT, ZUS, CIT)  i co się wydaje (wyższy VAT już puka do drzwi). Wszystko to wskutek spowolnienia gospodarczego i wzrostu deficytu budżetowego przyczyny bezpośrednie. Najważniejszym, pośrednim powodem, jest brak reformy budżetu i aparatu państwowego by zachęcić obywateli do większej aktywności gospodarczej.

Rządy krajów demokratycznych objawiły się nie tyle skłonnością do tzw. socjału co niegospodarnością i brakiem odpowiedzialności za błędną politykę gospodarczą. Jest to po części skutek tego, że w gospodarce jest coraz więcej polityki państwa. Demokratyczny aparat państwowy i sami obywatele, wypaczyli idee socjału przez tak liczne nadużycia, że można podważać sens wiary w samą ideę. Ideowo sytuacja demokracji modelu zachodniego jest podobna jak komunizmu z czasów schyłku systemu w Europie Środkowo-Wschodniej  i ZSRR w latach 80-tych.

Co zatem możemy zrobić? Myślę, że obecne zjawiska gospodarczo-polityczne przyczyniają się do wzrostu rozwarstwienia społecznego, który spowoduje wzrost ilości osób biednych a znaczny spadek tych, którzy są na dorobku czy tworzą zalążek tzw. klasy średniej (dotyczy Polski). W krajach rozwiniętych dojdzie do dalszego pogorszenia poziomu życia osób zarabiających 1-2 krotność minimalnego wynagrodzenia, trudniej będzie też odkładać pieniądze a jakakolwiek praca będzie na wagę złota.

Na takie zjawiska można poradzić poprzez myślenie o przyszłości jak o zimie w świecie natury, kiedy liczy się przetrwanie a o rozwoju (ekonomicznym) nie ma co marzyć. Teraz jest natomiast okres wczesnej jesieni, ostatnia szansa by zebrać ze stołu resztki po obiedzie z minionych lat prosperity. Ci, którzy wykarzą się największą dyscypliną budżetu domowego i gospodarnością, będą mieli w miarę spokojną przyszłość.

2 komentarze:

  1. czyli sprzedajemy wsio co mamy, kupujemy działkę na zadupiu, budujemy bunkier przeciwatomowy do tego kupujemy kozę i hodujemy własną żywność, a za to co zostanie ładujemy się w krugerrandy?

    OdpowiedzUsuń
  2. @ Anonimowy, trafna przenośnia ;-)

    Warto też pouczyć się umiejętności manualnych, tak by być w stanie naprawić swoje mieszkanie czy dom albo dorabiać w szarej strefie. Będzie ona bowiem coraz większa.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze niecenzuralne, nie odnoszące się do posta, pisane tylko w celach marketingowych i z użyciem opcji Anonimowy - będą usuwane.

W celu komentowania bez logowania, wybierz opcję Nazwa/adres URL