Jest takie powiedzenie, że na podstawie historii ludzkości można się dowiedzieć, że historia nic ludzi nie nauczyła. Powtarzają, jako zbiorowość, te same błędy.
Można to odnieść do rynków kapitałowych, przywołując dane o bąblach (bańkach) spekulacyjnych z przeszłości. Są one powiązane podobnymi charakterystykami sytuacji rynkowej. Można, szukając chociażby w Google, przywołać ich kształtowanie się i wiele o nich się dowiedzieć. Są to dane powszechnie dostępne i każdy kto ma aktywa (akcje, nieruchomości lub surowce), może się w tym zorientować.
Łatwiejszy dostęp do informacji wcale nie sprawił, jakoby ludzie dzięki swojej wiedzy stali się bardziej ostrożni w inwestycjach. Gros inwestorów czy po prostu posiadaczy aktywów, zachowuje się stadnie i szybko przyjmuje do wiadomości powszechnie powtarzane stwierdzenia, np. takie że dany rynek czekają znaczące wzrosty przez wiele lat. To nieraz stymuluje wzrosty (samospełniająca się przepowiednia) i nawet jeśli ceny odzwierciedlają już wiele lat prosperity, oni wcale nie przestają kupować. Posiadacze aktywów nadal wstrzymują się ze sprzedażą, z ekscytacją obserwując jak ceny rosną.
Kiedy ceny zaczną spadać, wtedy nieraz inwestorzy czekają aż ceny wrócą do poziomu szczytowego, by sprzedać na szczycie. Powtórnie na takie ceny trzeba jednak czekać wiele lat, jako że zaczął się już nieraz wieloletni trend spadkowy (prognozy wieloletnie zmieniają się na gorsze).
Dlatego jako inwestor, który stara się znaleźć własną drogę na kontrolowanym przez bezwładne masy rynku kapitałowym, staram się sceptycznie podchodzić do prognoz skrajnie pozytywnych jak i skrajnie negatywnych. Przeważnie nie daje się kupić aktywów w samym dołku a sprzedać na samym szczycie ale generalnie w sposób stabilniejszy, pozwala zarabiać na inwestycjach niż strategia "kup i trzymaj" w której aktywa są trzymane nawet na przewartościowanym rynku.
Wynik strategii z reagowaniem na przewartościowanie, powinien być często lepszy niż średnia wieloletniej stopy zwrotu np. z funduszy inwestycyjnych, zmian cen indeksów giełdowych, czy zmian cen surowców.
W tej chwili moje oko sceptyka dostrzega, że skala możliwego wzrostu indeksu WIG20 jest ograniczona i nie warto teraz kupować akcji spółek wchodzących w jego skład. Ceny odzwierciedlają znaczną poprawę sytuacji gospodarczej do końca 2011 roku, co wcale nie jest takie pewne. Podobna sytuacja dotyczy prawdopodobnie większości spółek z GPW. Dlatego podtrzymuję opinię, że jeśli inwestować teraz, to bezpośrednio w wybrane (może mniej znane) akcje. Jeśli się na tym nie znamy, lepiej sobie darować giełdę. Na inwestycje poprzez fundusze inwestycyjne jest w tej chwili za późno.
Licząc od bieżących poziomów indeksu WIG20 a może też i WIG, w perspektywie 2-3 lat sądzę, że lepiej wyjdziemy zakładając lokatę w banku. Teraz chyba najwyżej oprocentowana jest lokata roczna z dzienną kapitalizacją w Open Finance na 12 miesięcy na 5,25% netto (porównywalne do niecałych 7% brutto).
Uzyskanie więcej niż 7% w rok z funduszu akcyjnego, licząc od bieżących cen, będzie trudne a przecież należy się jeszcze premia za podjęte ryzyko. By trzymać akcje, przekonałaby mnie perspektywa zarobienia nie mniej jak 10% brutto w rok. To oznacza np. dla WIG20 poziom minimum na ok. 2800 pkt.
Taki rezultat byłby nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę coraz bardziej doskwierające Europie problemy fiskalne a w Polsce plany podwyżki podatku VAT od 2011 roku i być może także w latach kolejnych. To oznaczałoby prawdopodobny spadek konsumpcji (firmy mniej sprzedają i mniej zarabiają), wzrost inflacji (wyższy VAT powoduje wyższe ceny) i wzrost oprocentowania lokat bankowych. Wzrost oprocentowania lokat oznacza wzrost premii za ryzyko i skłania do kierowania środków na lokaty niż na rynek akcji. To natomiast stoi w sprzeczności z perspektywą wzrostu indeksów akcyjnych.
6 komentarze, dodaj opinię: