środa, 24 marca 2010

Dziecinne inwestycje

Jestem zdania, że "czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci" albo "czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał". Innymi słowy, na naukę jest zawsze dobry czas ale lepiej uczyć się wcześnie. Wtedy popełniamy mniej dotkliwych błędów, uczymy się, jak wyciągać z nich wnioski na przyszłość. Lepiej stracić 50% kapitału w wieku 20 lat i w kwocie 500 zł niż w wieku 45 lat i odpowiednio ze stratą 50.000 zł.

Historie...

Jakieś 3 miesiące temu rozmawiałem z nowym kolegą z pracy o naszych hobby. Wtedy też powiedziałem o moich inwestycjach (tak, nazywam to "hobby"). Odpowiedź kolegi: "Nie inwestuję bo nie mam dużych środków. Małymi się nie opłaca tracić czasu". Oczywiście opowiedziałem o całej idei uczenia się na małych kwotach, tzn. że jest to najlepszy sposób na początku na ograniczenie ryzyka.

Innymi razy starsza osoba (ok. 55 lat) zadała mi pytanie dot. akcji bankrutującej firmy Krosno. Pytanie brzmiało: "Sprzedawać czy trzymać?" Akurat było odbicie kursu do 50% ceny zakupu. Radziłem sprzedać i zmienić strategię. Fora internetowe i przeglądanie wykresów na portalach to nie źródło inspiracji a tworzenia marzeń. Przy odrobinie wyobraźni, każdy scenariusz może wydawać się realistyczny. Najbardziej realistyczna jest wtedy... utrata pieniędzy.

Przed Bożym Narodzeniem byłem na szkoleniu organizowanym przez biuro maklerskie PKO BP dla potencjalnych klientów. Temat przewodni szkolenia: Analiza Techniczna. Poszedłem spotkać innych inwestorów, może nowych znajomych(?) Na miejscu czułem się zmieszany. Osoby w wieku ok. 40-50 lat, lecz początkujący inwestorzy, byli tak pewni siebie a jednocześnie w moim odczuciu opowiadali ciągle inwestycyjne głupoty i w perspektywie życzeniowej.

Można to nazwać domniemaniem "efektu motyla" - często drobny fakt, gdzieś zapamiętany przez inwestora, jest uważany za czynnik sprawczy, który ma ruszać kursem. Jeśli początkowo ten trop daje zarobić, inwestor zwiększa pozycję (nawet do 100% portfela) a później jak upatrzona korelacja zawodzi, inwestor dalej trzyma, aż zmniejszy wartość rachunku czasem o 3/4. Tak pewnie miało wielu akcjonariuszy np. Biotonu czy Polnordu - wschodzących gwiazd GPW lat minionych. Tak swoją drogą, ciekawe czy są wśród nas takie osoby?

Moja historia

Pierwsze akcje kupiłem jak miałem 21 lat. Uważam, że zdecydowanie za późno zainteresowałem się inwestowaniem. To pewnie przez ten system nauczania, za dużo biologii i polskiego a za mało ekonomii ;).  Jak na złość rachunek inwestycyjny otworzyłem w 2004 roku, kiedy właśnie wprowadzono podatek od zysków z przychodów kapitałowych. Ciekawe skąd Minister Belka wiedział, że zacznę inwestować? :). Z drugiej strony, pewnie niewiele bym zdziałał bez komputera i internetu, który mnie połączył ze światem począwszy od 19-ego roku życia.

W trakcie 6 lat mojej obecności na GPW, myślę że najwięcej dla mojej strategii dało załamanie  rynku okresu 2007/2009. Wtedy przejrzałem na oczy. Na GPW nie ma rzeczy niemożliwych. Uwierzyłem w to po przeżyciu spadków, które jeszcze rok czy dwa lata temu stanowczo wykluczałem. Teraz staram się, by te doświadczenia na mnie zarabiały.

Optymista czy realista?

W tworzeniu strategii, jako jeszcze dziecko czy jako dorosły, trzeba być umiarkowanym optymistą, tzn. na tyle by chcieć ponosić ryzyko. Pesymizm się przydaje w tym zakresie, by nie zignorować drobnych ryzyk, które mogą być czasem tragiczne w skutkach. Jeśli będą rutynowo pomijane, przy którejś okazji wejdą w nasz portfel jak nóż w masło bo ignorowaliśmy drobiazgi zbyt długo. Takim przykładem może być trzymanie środków w nierenomowanym biurze maklerskim bo przecież biura w Polsce nie padają. Jeśli jednak Twoje biuro padnie, co zrobisz? Czy masz najlepsze biuro, które w kryzysie finansowym padłoby jak ostatnie? Warto zrobić przegląd sytuacji, być może są takie, w których ponosimy ryzyko w jakiejś formie całkowicie bezsensownie albo za tylko niewielką nagrodą?

Dodam, że w wyjątkowo młodym wieku inwestycje mogą być bardziej ryzykowne ze względu na "burze hormonów", coś w stylu: "zostawiła mnie dziewczyna to wywalam wszystkie akcje na otwarciu Po Każdej Cenie..."

6 komentarzy:

  1. Widzę Zdzichu że się rozkręcasz takiej częstotliwości pojawiania się nowych artykułów to tutaj jeszcze nie było.
    Gratuluję (według mnie) jednego z najlepszych blogów o tematyce inwestycyjnej - oby tak dalej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzieki Anonimowy

    P.S. Zachęcam do publikacji komentarzy także pod nickami. Wtedy fajniej się prowadzi dyskusję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Podzielam Twoją opinie Zdzichu - im wcześniej ktoś zaczynał tym lepiej, tak jest w każdym sporcie i wiele dziedzinach życia także.
    Wiele zależy od rodziców, których choćbym chciał to winić nie mogę, bo w latach 80/90' trudno było by mnie o giełdzie, oszczędzaniu i inwestycjach uczyli jak Polska transformację przechodziła. Chociaż legendarne opowieści o hossie "kupbyleco" z tamtych lat słyszałem ;-)

    Na takich szkoleniach sam nie raz byłem i często mam wrażenie że są tam ludzie dość przypadkowi. Z całym szacunkiem dla starszych panów, ale jestem po prostu ciekawy czy są to starzy wyjadacze obecni na giełdzie długo (co więc robią na takich szkoleniach?) czy nowi gracze chcący "dorobić do emerytury".


    PS: Zdzichu mógłbyś mi maila swojego podesłać bo mam sprawę do Ciebie - wcześniej go miałem ale po formacie książkę adresową straciłem:-/ Mój to astakos AT wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. Cóż u mnie rodzice kompletnie nie interesują się tematyką inwestycyjną. Muszę nieskromnie przyznać, że to ja od małego byłem oszczędną osobą. Pieniądze które dostawałem od rodziny (chrzestni, wujkowie) wolałem schować do skarbonki niż wydać na odlotowy pistolet na wodę czy żołnierzyki :) Później, zaraz po maturze, przyszedł pierwszy wyjazd zagraniczny do UK i pierwsze zarobione pieniądze. To one zmobilizowały mnie do poszukania czegoś więcej niż lokata. Tak trafiłem na fundusze i akcje.

    Teraz, po tych kilku latach na rynku kapitałowym, jestem już dużo spokojniejszym inwestorem. Zauważyłem, że na rachunkach spadł mi obrót (mniej transakcji), ale za to pojawił się zysk. Wydaje mi się, że jest to dobra droga. Nadal jednak znajduje się na jej początku, zaraz za pierwszym krokiem, dlatego stale się kształcę. Także dzięki blogerom takim jak Ty :)

    Pozdr.

    OdpowiedzUsuń
  5. @ Cheed, u mnie było podobnie. Najpierw oszczędzanie i smykałka do handlu, później fundusze, obligacje aż wreszcie akcje i instrumenty pochodne.

    Myślę, że racjonalne podejście do gospodarowania środkami w młodych latach, wyjątkowo procentuje przez resztę życia. Jak są oszczędności to jest co inwestować i w ten sposób napędzamy nasz prywatny obieg pieniądza.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja zacząłem podobnie jak Cheed. Oszczędzanie "przyszło samo" wraz z pierwszymi zarobionymi na wyjeździe do UK pieniędzmi. Ale wtedy to był początek studiów i jednorazowa sprawa.

    Regularnie oszczędzam od momentu podjęcia stałej pracy. Comiesięczne odkładanie praktykuję od jakichś trzech-czterech lat, a pierwsze akcje kupuję dopiero teraz (późno?).

    Ale nie powiem, bym taką postawę wyniósł z domu. Jestem raczej zaprzeczeniem podejścia do pieniędzy, jakie mieli moi rodzice ;)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze niecenzuralne, nie odnoszące się do posta, pisane tylko w celach marketingowych i z użyciem opcji Anonimowy - będą usuwane.

W celu komentowania bez logowania, wybierz opcję Nazwa/adres URL